Węgierskie wątki PKO BP…

…czyli jak zagranica wpływa na notowania blue chipów i ocenia krajowe spółki oraz złotego.

W końcu znalazłem chwilę na bloga, więc podzielę się refleksją z ostatnich dni. Wątpliwa wiarygodność kredytowa Grecji od dłuższego czasu nie była tajemnicą. Szum w mediach na całym świecie  na początku maja zrobił jednak swoje i nagle pojawiło się na świecie niby zdziwienie, niby naturalne zjazdy notowań… Paru gości na pewno nieźle zarobiło. Jeszcze większym zaskoczeniem było to, co zobaczyliśmy w piątek na Węgrzech. Rzecznik rządu wyszedł i powiedział, że poprzedni rząd fałszował kwity, a szef partii publicznie mówił o drugiej Grecji. Naprawdę rewelacyjnie przygotowany PR. Tylko pogratulować. Niemniej, wiele krajów ma stosunek dług/PKB dużo wyższy (nawet pod 200%, Węgry ok. 80%). Zgoda, najbardziej liczy się nie ogólny poziom zadłużenia, ale zdolność do jego obsługi. Tu jednak też nie widzę Armagedonu. Zresztą tak też sądzi stosowny Komisarz UE. Była to więc jedynie węgierska zagrywka polityczna. Wewnętrzna.

Tymczasem giełdy wyraźnie zniżkowały. Oczywiście za sznurki pociągali w naszym regionie głównie przyjaciele z Londynu. Efekt? O ile na szerokim rynku panował spokój, o tyle WIG20 zjechał o 2,1 proc. (mWIG „tylko” o 0,3 proc.). Co ciekawe, aż o 5 proc. zniżył loty kurs PKO BP (tak przy okazji spółka ma największy udział w WIG20). Czyżby właśnie Węgrzy ogłosili, że nie spłacą PKO BP 2,5 mld zł kredytów?  O tyle bowiem skurczyła się kapitalizacja banku (abstrahuję teraz od tego, czy ogólnie było drogo, ale to inny case). Odpowiedź jest oczywista. Czy nawet, gdyby na Węgrzech źle się działo (to zresztą nie jest nowość), to biznes PKO BP zauważalnie ucierpi? Odpowiedź też wydaje się oczywista, szczególnie gdy przeanalizujemy powiązania (a raczej ich praktyczny brak) naszej gospodarki z węgierską i naszego rynku finansowego z węgierskim.

Jeszcze ciekawiej było na rynku walutowym. Forint, waluta „bankrutującego” w głowach traderów kraju, stracił wobec złotego „tylko” około 2 proc., ale złoty, waluta „zielonej wyspy na czerwonym oceanie kryzysu”, stracił wobec dolara ponad 5 proc. Cóż, mieć najpłynniejszy rynek waluty z całego regionu to jednak realnie na razie niezbyt dobra rzecz z perspektywy indywidualnego inwestora. Wciąż bowiem, jeśli ktoś chce mieć ekspozycję na waluty CEE3, to dla większych kwot wybierze złotego. Jak coś się dzieje w Czechach czy na Węgrzech, to oczywiście sprzedaje wtedy złotego…

Mam nadzieję, że dożyję chwili, w której rynki wschodzące staną się na tyle duże, że wewnętrzne siły będą w stanie stanowić o kierunku rynku, a koledzy z Londynu czy Nowego Jorku zaczną wreszcie rozróżniać poszczególne kraje na mapie świata i przestaną tworzyć łatwe w obsłudze koszyki, które jednak nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością.

2 komentarze

  1. tak, mi się wydaje że ta cała maskarada z Grecją (o tych problemach wiadomo było spokojnie już rok temu), a teraz z Węgrami to wielkie banki inwestycyjne pogrywają by nie było zbyt dużej uwagi przy tym jak się im do tyłka amerykanie teraz dobierają i wychodzi na jaw jak sobie zarabiali na spekulacji kursami np. złotego…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.