Zakaz handlu w niedziele. Słusznie?

Ni stąd, ni zowąd pojawił się po dłuższej przerwie temat otwarcia sklepów w niedzielę. Zostawiam na boku sprawy polityczne, kwestię tematu zastępczego itd. Podstawowa sprawa brzmi inaczej – co o tym wszystkim myśleć, skoro za chwilę będą głosowania parlamentarne i możemy obudzić się w nowej rzeczywistości pod kątem zakupów i rynku pracy, a jednocześnie mamy na to wszystko pośredni wpływ – politycy ochoczo zerkają przecież na badania opinii publicznej i nie lubią strzelać sobie w stopę w kwestiach, które nie są dla nich osobiście jakoś istotnie ważne. Dla wielu osób to jednak bardzo ważna sprawa.

Teraz zrobię małą dygresję. Bo nie trzeba daleko szukać. Ostatnio byłem kilka dni w Bawarii – polecam! Za każdym jednak razem, gdy jestem po drugiej stronie Odry, jestem narażony na przeżycie szoku. Nie, nie… nie chodzi o drogi ;) Chodzi właśnie o niedziele. W Polsce przyzwyczailiśmy się, że po prostu idziemy do sklepu w każdy dzień. Po prostu – jest potrzeba zakupu czegokolwiek, kupujemy. Niektórzy wręcz w niedzielę wybierają się na tygodniowe zakupy, wybierają ubrania etc. Normalny dzień. Tymczasem w Niemczech nic z tych rzeczy. Niedziela to niedziela. Dzień dla rodziny, znajomych, czas na relaks, sport… To się sprawdza. Naprawdę.

(1) Ale przecież trzeba zakupy zrobić! (2) Jak zamkną sklepy w niedzielę, to spadnie utarg, spadnie PKB! – można wykrzyknąć w odruchu obronnym. (3) Leszek Miller z SLD mówi nawet, że w tym wszystkim chodzi o to, żeby zamknąć sklepy w niedzielę i w taki sposób zapełnić kościoły. Co oczywiście mu się nie podoba. (4) A w ogóle to po co ustawa? Niech działa wolny rynek! – to kolejny argument przeciw. To wszystko jednak bzdura.

Co do (1), to nie muszę uruchamiać czy tworzyć żadnych teorii. Kiedy mieszkałem w kraju, gdzie handlu w niedziele nie było, stało się to dla mnie normalne. Zakupy robiłem w sobotę albo we wtorek czy czwartek. Nie było żadnego problemu czy dyskomfortu. Zadowolenie społeczne było za to zdecydowanie wyższe, gdy można cieszyć się chociaż jednym dniem zupełnie wolnym. Dniem na odpoczynek, „zresetowanie”, na cieszenie się obecnością innych. Co bowiem komuś z tego, że będzie miał wolny przykładowo poniedziałek, skoro rodzina czy znajomi wtedy pracują, a dzieci są w szkole?

Co do (2) nie będę wysilał się na tworzenie modeli makroekonomicznych. Nie ma takiej potrzeby. Handel i producenci nie ucierpieliby, bo po prostu cały strumień zakupów byłby skupiony na 6 dniach tygodnia, infrastruktura wytrzyma. To tak jak z wydłużaniem i skracaniem sesji giełdowej – ogólnych obrotów to nie zmienia. W przypadku niedzieli jedynie właściciele lokali gastronomicznych w centrach handlowych mogliby być zawiedzeni. Na pewno jednak ta nieliczna grupa da sobie radę. Wszystkich nie da się zadowolić. Dla przeciwwagi, intuicja podpowiada, że powinny zwiększyć się obroty podmiotów, które zarabiają na organizowaniu czasu wolnego. Wypożyczalnie sprzętu pływającego, kina, teatry, gastronomia… Czy ich też nie zamknąć ustawowo na niedzielę? To kwestia do rozważenia – korzystanie z parku nie wymaga pracy kogokolwiek, bez kina można się obyć, a obiad można ugotować samemu.

Argumentu (3) osobiście nie traktuję inaczej, jak tylko jako wypowiedź nacechowaną lewicowym populizmem. Co ma chodzenie do kościoła z otwartymi centrami handlowymi? Przecież jeśli ktoś chce uczestniczyć w jakimkolwiek nabożeństwie, to ma możliwość nawet przy korzystaniu ze sklepów. Msze są bowiem odprawiane od wczesnego rana do nawet godz. 21-22. Z drugiej strony, jeśli zamkniemy markety, to dlaczego nagle miałaby drastycznie zwiększyć się frekwencja przed ołtarzami? Czy ludzie nie mają alternatywy na spędzanie czasu? Trudno mi uwierzyć, że nasze społeczeństwo jest takie zero-jedynkowe, jak lansują lewicowi politycy (co słuchaczom powinno nieco uwłaczać…):  albo galeria handlowa, albo kościół. Nie ma życia poza tymi dwiema aktywnościami?

Kwestia (4) wymaga też słowa komentarza. Uważam, że tu akurat ustawa jest potrzebna. Człowiek jest z natury leniwy. Jeśli może kupić coś w niedzielę, to po co ma o tym myśleć w sobotę? To tak jak z oddawaniem PIT-ów w ostatni dzień. Poza tym, państwo powinno dbać o kondycję społeczeństwa (czas na relaks, sport, budowanie relacji międzyludzkich) – to długoterminowo wzmacnia produktywność, podnosi PKB i sprawia, że ludzie są po prostu szczęśliwsi, są dla siebie życzliwsi i żyje się im lepiej. A to jest bezcenne.

Czyli zamknąć sklepy w niedziele? I tu przechodzimy do sedna. Według mnie wszystko przemawia za tym, żeby tak właśnie było. Ja przynajmniej podpisuję się pod tą ideą obiema rękami. Problem jest jednak w tym, że mamy właśnie najgorszy czas na takie zmiany.  Mamy okolice szczytu spowolnienia gospodarczego. Bezrobocie na poziomie 14 proc. Zamknięcie sklepów w niedziele spowodowałoby – jak liczą różni ekonomiści – wysłanie na bruk jakiś 50 tys. osób – kasjerów z marketów, sprzedawców… Gdzie znajdą oni teraz pracę? Dostają niską, ale jednak wypłatę. Płacą niskie, ale jednak podatki. Mają zajęcie. Teraz mamy ich pozbawić pracy, skazać właściwie na zasiłek? Wtedy ich konsumpcja pewnie by spadła (zatem i wpływ np. z VAT do budżetu), a budżet państwa zamiast podatków zwiększyłby transfery… Zatem ogólny wpływ na gospodarkę byłby krótkoterminowo na pewno negatywny.

Jestem przekonany, że możemy w Polsce robić zmiany z głową. Nie musi wychodzić nam tylko to, co jest zrywem na ‚hurra’. Uchwalmy zakaz handlu w niedzielę (szczególnie wielkopowierzchniowego), ale z terminem wprowadzenia na przykład od 2015 roku. Lub w ogóle odłóżmy temat na później. Na czas, gdy gospodarka wyraźnie przyspieszy. Gdy zatrudnienie będzie rosło, a zwalniani kasjerzy będą mieli duże szanse na szybkie znalezienie pracy. A może w ogóle nie będzie trzeba ich zwalniać, bo wraz z ożywającą konsumpcją wzrośnie zapotrzebowanie na liczbę otwartych kas w tygodniu czy obsługę kupujących w sklepach odzieżowych lub klientów restauracji.

Podstawową kwestią jest tu dla mnie nie czy, ale kiedy. Timing jest istotny i politycy nie powinni o tym zapominać. Inaczej zapłacimy za ich pomysły my wszyscy, z naszych podatków. Radosnej twórczości z ulicy Wiejskiej mamy już, moim zdaniem, aż nadto.

6 komentarzy

  1. Piszę w imieniu NSZZ Solidarność: powinno zakazać się wszelkiej aktywności gospodarczej w niedziele i święta. To jest czyste niewolnictwo w XXI wieku!

  2. związkowcu nierobie chciało by się pensyjkę czy się stoi czy się leży co? nie ma tak dobrze a ludzie niech maja wybór co chcą robić w niedziele dlaczego mają nie chodzić do carrefoura czy innego tesco? bo co? bo wolalbys lezec przed telewizorkiem i siorpac piwko?

  3. Człowieku, czy ty wiesz o czym piszesz że tak na związkowca najeżdżasz??? Pracowałeś kiedyś w niedziele i święta???

  4. Pozwolę się przywitać. Mój nos podpowiada mi, iż wszystko jest możliwe. Zobaczcie na sondaże PO/PIS/SLD – już widać, że PO wpada w popłoch i nie wiadomo, do którego obszaru potencjalnego elektoratu się zwróci. Osobiście spodziewam się niezrównanej liczby niespodziewanych ruchów PO w kolejnych 18-stu miesiącach. Zobaczycie.

  5. a kurw. po co limitować ludziom wolność gospodarczą?? puścić na żywioł towarzystwo i tyle niech każdy handluje jak chce i za 100 lat się jakoś wyrówna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.