Paulson trwoni pieniądze, Obama zaraz zacznie, a cierpimy wszyscy

Dla niektórych jest to powód do żartów. Tymczasem nawet Polacy „bekną” za tę rozrzutność. Czy można coś zrobić?

Co Amerykanie myślą o planie stymulacji fiskalnej prezydenta-elekta Baracka Obamy (zaprzysiężenie 20 stycznia), który ma kosztować budżet federalny niemal 800 mld USD? Cóż, jak zwykle opinie są różne. Duża grupa społeczeństwa przyzwyczaiła się już jednak do tego, że wokół mówi się o jedynie kryzysie i nowych planach pomocowych czy ratunkowych. Nie robi to na nich już żadnego wrażenia. Czy cieszyć się z pół biliona USD planowanych wydatków na infrastrukturę i wartych nieco ponad 300 mld USD ulg podatkowych?

Bardzo dobrze ilustruje to poniższy rysunek Rogera Maynarda. :)

Plan stymulacyjny z przymrużeniem oka
Plan stymulacyjny z przymrużeniem oka

Co na nim widać? Obama niezwykle radośnie biegnie w podskokach i rozrzuca wokół siebie z nieskrywaną radością duuużo soczyście zielonych dolarów. Drugi facet przygląda się temu zjawisku razem z małżonką i dzieckiem w wózku. Cieszy się, że Obama daje wszystkie pieniądze dokładnie tak, jak obiecał. Kobieta mówi na to do męża: on ma twój portfel.

Konsternacja? Teoretycznie nie powinno jej być, bo zawsze interwencjonizm państwa oznacza przecież sięgnięcie do kieszeni podatników. Keynes, negując w czasie Wielkiego Kryzysu prawo Saya (zdolność rynków do samoregulacji), postawił na „widzialną rękę państwa”. Skoro ludzie nie wydają wszystkiego, co zarobią (mają pewną skłonność do oszczędzania części dochodów), to państwo powinno lepiej wydawać pieniądze. Wtłoczy bowiem w gospodarkę więcej, niż gdyby dać społeczeństwu tę samą kwotę pieniędzy. Brzmi racjonalnie.

Szoki naftowe na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku zrewidowały niektóre założenia teorii Keynesa, ale neokeynesiści nadal uważają, że interwencjonizm państwa przeciwdziała cyklom gospodarczym i skraca okresu zadziałania równoważących mechanizmów rynkowych. Czyli że w ten sposób można minimalizować straty spowodowane recesją. Brzmi sensownie, tym bardziej, że Wielki Kryzys sprzed 80 lat pokazał rynkowe tsunami, gdy nic się nie robi.

Co więc jest nie tak? Efektywność. Nie zakładałbym, że administracji rządowej uda się pozbyć różnych nacisków ze świata wielkiego biznesu. Dlatego rozdawnictwo publicznych pieniędzy prawdopodobnie okaże się takim samym „sukcesem” jak dotychczasowa realizacja planu Paulsona. Jak wydaje się 700 mld USD? Mając taką górę gotówki na pustyni płynności powinno się być królem rynku, wybierać i przebierać w ofertach, dokapitalizowywać spółki na niezwykle okazyjnych warunkach. Po co? Ano dlatego, żeby ten przeciętny podatnik, który łoży na to wszystko, miał za kilka lat duże zyski, kiedy kursy instytucji finansowych odżyją. Nie byłyby to bezpośrednio osobiste zyski, ale zwiększone przychody budżetu federalnego na pewno polepszyłyby położenie przeciętnych obywateli (np. brak presji na podwyżkę podatków). Bo czy to zwykli ludzie zawinili w tym kryzysie?

Tymczasem obecny jeszcze sekretarz skarbu USA Henry Paulson, były bankier inwestycyjny, raczej rozdaje pieniądze niż racjonalnie je wydaje. Bo to przecież nie z jego kieszeni płynie szeroki strumień „zielonych”. Czyżby rację miał Jim Rogers (znany inwestor), który 26 września zeszłego roku stwierdził: „Paulson zamierza wesprzeć finansowo swoich „kolesi”, a nie ratować amerykańską gospodarkę. Zarówno szef Fed Bernanke, jak i Paulson, nie mają pojęcia, co potrzeba rynkowi.”? Są na to jakieś dowody?

Przede wszystkim, sam Paulson powiedział, że jego plan ma być atrakcyjny dla banków z toksycznymi aktywami. „To wprost znaczy, że idzie rozdawać pieniądze. Najgorsze jest to, że to rozdawnictwo jest tak zaprojektowane, żeby nie działać” – stwierdził noblista Joseph Stiglitz. Inwestorzy powinni się bać?

Popatrzmy na jaskrawy przykład dokapitalizowania Goldman Sachs. W październiku zeszłego roku Skarb USA kupił od tego banku inwestycyjnego waranty na akcje za 10 mld USD. Miesiąc wcześniej, gdy sytuacja instytucji finansowych za oceanem była znacznie lepsza (albo przynajmniej za taką była ogólnie postrzegana), inwestycji dokonał Warren Buffet. Najciekawsze jest to, że według wiarygodnych danych agencji Bloomberg, prywatny inwestor zapłacił o połowę mniej za papiery, które były warte cztery razy więcej (sic!). Cóż… Wygląda na to, że Rogers i Stiglitz niestety nie pomyli się.

Co to oznacza dla nas? Recesja w USA, pomimo elastyczności tamtejszej gospodarki (możemy tego naprawdę zazdrościć Amerykanom), będzie dłuższa i głębsza niż by mogła być. Co za tym idzie, giełdowa bessa będzie dłuższa, a zawirowania na wielu rynkach szybko nie ucichną. Jeśli nasze władze (także monetarne) nie zareagują, to Polska sama wpędzi się w recesję (o tym w następnym wpisie). Należy jednak pamiętać, że życie nie jest, jak mówią humaniści czarno-białe czy jak wolą umysły ścisłe – zero-jedynkowe. Trzeba się cieszyć, że coś się dzieje, że największa gospodarka świata w zglobalizowanym świecie nie jest pozostawiona sama sobie, gdy dotychczasowe morze płynności szybko wyschło. Załamanie w USA pociągnęłoby bardzo mocno w dół wszystkich. No może poza Koreą Północną ;)

Warto zwrócić jednak uwagę, że im dłużej trwają zawirowania na globalnych rynkach, a coraz więcej branż na Zachodzie przeżywa kłopoty, tym więcej negatywnych zjawisk jest transferowanych do nas. To tak jak z grypą. Jeślik nosiciela wirusa szybko się odizoluje lub wyleczy, to nie zarazi kolegów z pracy, domowników czy współwidzów w kinie… W przeciwnym razie zaraza zatacza coraz to szersze kręgi. Dlatego w interesie każdego państwa powinno być jak najszybsze uzdrowienie sytuacji w USA czy strefie euro. Nadzieją jest burza, jaka przetacza się w USA po ujawnieniu „wspaniałej efektywności” wydawania miliardów z planów ratunkowych. Może chłopaki z Fed i Departamentu Skarbu wreszcie wezmą się do roboty, do jakiej zostali zatrudnieni?

Czy my możemy już teraz się bronić przed „wirusem”? Tak naprawdę powinniśmy już dawno… Działania przeciwdziałające transmisji negatywnych zjawisk z Zachodu są na pewno trudne, ale możliwe. Popatrzmy chociażby na niezwykle silne hamowanie akcji kredytowej dla przedsiębiorstw. Czy rząd nie powinien przypadkiem już jakiś czas temu wprowadzić efektywnego systemu udzielania gwarancji dla zdrowych fundamentalnie firm? Bo przecież światowych trendów Polska nie odwróci. A to właśnie załamanie inwestycji pogrąży w tym roku nasz wzrost PKB, podobnie jak posucha dla finansowania kapitału obrotowego. Akurat nasza przyszłość nie musi być taka czarna, jak ją niektórzy malują i dawka optymizmu powinna być wlewana w serca przedsiębiorców, jako że popyt wewnętrzny mamy naprawdę silny. Dlaczego więc wzmagać rynkową niepewność, zamiatać problemy pod dywan i myśleć, że problemy same się rozwiążą?

Więcej o tym, jak Polska mogłaby bronić się przed „zarazą” z „zakażonego” Zachodu w następnej odsłonie bloga, do której już teraz serdecznie zapraszam.

2 komentarze

  1. Same rezerwy federalne USA to ciekawy temat :)
    Dodam sobie subskrypcję tego bloga, może ekonomiczne się dokształcę..

  2. zachęcam do zapoznania się z innymi ciekawymi tematami na hosssa.pl :) Cieszę się, że zainteresował się Pan Fed-em i liczę na Pana udział w dyskusjach – nie tylko na ten temat.

    Pozdrawiam serdecznie,
    AB

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.