PKP – opóźniony pociąg widmo TLK „Karkonosze”

Dziś podzielę się refleksją na temat polskich kolei. Intercity ma plany związane z GPW, więc w jakimś sensie ocieramy się również o giełdę. Kolejami jeżdżę rzadko, zatem nie będę uogólniał pojedynczej sytuacji, ale mam niestety przeczucie graniczące z pewnością, że system obsługi pasażerów jest do poprawy. Obecny po prostu odstrasza, przypominając filmy Barei. A czasy trochę się chyba zmieniły… Ci, którzy jeżdżą kolejami częściej, pewnie mogą na ten temat powiedzieć więcej – na dole strony jest możliwość zamieszczenia komentarza :-).

Mam świadomość, że pewnych rzeczy nie przeskoczymy (skądinąd celne „sorry, taki mamy klimat”), podobnie jak różnorakich awarii. Choć oczywiście można zakładać, że gdyby tabor był nowszy… Ale obok tego, na co spółka kolejowa ma wpływ, nie mogę przejść obojętnie. Dziwna sytuacja goniła inną dziwną sytuację. Wróćmy więc do istoty. Najpierw trochę pozytywnego myślenia. Było lepiej niż tutaj: miesiąc opóźnienia :-)

Trochę faktografii. Dziś wstałem skoro świt, aby zrobić przyjemność żonie – postanowiłem zawieźć ją na stację Warszawa Wschodnia, by spędzić kilka wspólnych chwil więcej, niż miałoby to miejsce przy zamówieniu taksówki. O godz. 6:52 miał odjechać do Lublina pociąg Intercity TLK 12101 (poranny bezpośredni pociąg, następny po godz. 10; z powodu remontów nie zatrzymuje się na Dworcu Centralnym – stąd wycieczka na Pragę). Tak, nie musicie sprawdzać nazwy – ten pociąg to „Karkonosze”. Tym razem znów feralny. Już na wstępie powitała nas informacja o 30 min. opóźnienia. OK, przeżyjemy. Poszliśmy więc na kawę i śniadanie. Podziwialiśmy dworzec po przebudowie. Bardzo pozytywna przemiana. Od razu robi się milej, człowiek spokojniejszy, w lepszym humorze…

Gdy upewniałem się na tablicy informacyjnej o sytuacji (opóźnieniu) składu, na który czekaliśmy, poznałem – jak się później okazało – Amerykanina, który trochę był zagubiony. Pomogłem mu się odnaleźć. Też wybierał się do Lublina. Uspokojony, usiadł w kawiarni przy stoliku obok. Gdy zbliżało się 30 min. opóźnienia, pojawiła się informacja o 50 min. Amerykanin już poddenerwowany, bo wybierał się do Lublina tylko na kilka godzin. Ale czekamy. 20 min. przeżyjemy. Nagle słyszę, że ‚pociąg do Lublina (przez Pilawę, Dęblin, Puławy, Nałęczów) wjedzie na tor pierwszy przy peronie czwartym”. Wyskakuję z kawiarni. I faktycznie. Na tablicy informacyjnej 50 min. opóźnienia zmieniło się w 30 min. Rozpierała mnie duma z polskich kolei. Brawo, jednak można dać podróżnym tyle radości, robiąc tak niedużo. Straszyć większym opóźnieniem, przyjechać szybciej. Stary numer, ale być może PKP postawiło na skuteczne zagrania psychologiczne. To nie ma de facto znaczenia. Liczy się przecież efekt. Amerykanin też ucieszył się, wziął bagaże i szybkim krokiem pomaszerował z nimi na peron. Swoją drogą, komunikat był chyba tylko polsku…

Czekaliśmy na peronie. Ludzi tłum. Pociągu nie ma. Small talk. Nowojorczyk wypatruje obiecanego pociągu. Patrzę na tablicę – wyświetla się wjazd składu do Lublina. Tylko dlaczego nie ma go na horyzoncie? Hmmm…. Minęło z 10 min. Czyli tak, jakby przyjechał, wziął pasażerów i odjechał. Na tablicy naszego peronu wyświetlił się już przyjazd kolejnego pociągu. Poszedłem zobaczyć, co się dzieje.

Szukam punktu informacyjnego. Jakoś niewidoczny. Pytam ochroniarzy – wskazują przeszklony pokoik obok kas. Idę. Biorę numerek z systemu kolejkowego – przycisk informacja. Nic się nie dzieje, na wyświetlaczu „-„. Chyba nie działa. Ktoś jest wewnątrz, ale nie widać, by rozmowa zmierzała do końca. Wchodzę. Okazuje się, że temat to „Karkonosze”. Wchodzą kolejne osoby. Robi się gwar. Pani z PKP wyraźnie poddenerwowana. Pytamy, gdzie jest pociąg, który miał właśnie wjeżdżać na peron 4. Pani obiecuje sprawdzić. Bierze słuchawkę i dzwoni do innej pani, pewnie tej, która dzierży dworcowy mikrofon. Powtarza nasze pytanie. Jej rozmówczyni wypiera się, że zapowiadała przyjazd. Jakieś 30 osób, które zebrało się przed „informacją”, zaczyna wrzeć. Pani tłumaczy więc koleżance, że wszyscy słyszeli, ma niedoszłych pasażerów przed sobą. W tym momencie dostaje odpowiedź, że to w takim razie był błąd systemu. Bo to przecież komputery teraz mamy wszędzie i one wszystko wyliczają. Co się stało z pociągiem-widmem? Zepsuł się wagon. Gdzieś na trasie. I pociąg cały czas stał w polu. Nie przybliżył się ani na centymetr.

Pytania o coś zastępczego, kolejny pociąg, zwrot biletów czy cokolwiek związanego z dojazdem do Lublina zostały zbyte stwierdzeniem, że to jest informacja dworca, a nie przewoźnika. Zaczęło się gotować w ludziach. Zapytałem, gdzie w takim razie możemy otrzymać stosowne informacje? „Od godz. 8 otwarta jest informacja o tam, po drugiej stronie”. Cóż, znów czekać? Szybciej sprawdzę w komórce. Opuściłem towarzystwo.Na tablicy informacyjnej 80 min. opóźnienia. Wszedłem na stronę PKP z odjazdami z dworca Warszawa Wschodnia (wyszukuje ją np. Google), a tam widzę 110 min. Wspaniała spójność.

Wynegocjowałem z taksówkarzem stacjonującym przed dworcem w miarę dobrą cenę za kurs i pomachałem żonie oraz nowojorczykowi, gdy odjeżdżali w stronę Lublina. Na tablicy informacyjnej dworca nadal 80 min. opóźnienia, a na stronie – 110 min.

Teraz kilka przemyśleń.

1) Rynek. Wśród zniesmaczonych niedoszłych pasażerów spotkałem chociażby byłego wiceprezesa giełdowego warszawskiego dewelopera mieszkaniowego, który obecnie zarządza lubelskim deweloperem. Sporo osób, które wyglądały na podróżujące w interesach. Moja żona również odwiedziła Lublin w celach biznesowych. Napotkany Amerykanin był w Europie także służbowo. Całkiem spory rynek na usługi transportowe Warszawa-Lublin zatem istnieje. A Lublin się przecież rozwija, powstają nowe firmy, jest specjalna strefa ekonomiczna. Wydaje mi się, że ten rynek jest nawet dużo większy, niż tłumek na peronie nr 4. Zrobiłem krótki research i wynika z niego, że ludzie z Lublina generalnie odradzają PKP – w użyciu są busy odjeżdżające spod Marriotta oraz własne samochody. Nie mam nic przeciwko temu, aby PKP wspierało drobną przedsiębiorczość (busy) czy szeroko pojętą motoryzację, ale jak wytłumaczyć działanie na swoją niekorzyść?

2) Obsługa klienta. Polityka Grupy PKP w tym zakresie jest dla mnie w pewnych aspektach niezrozumiała. Po pierwsze, klientom należy się pełna i prawdziwa informacja. Docenią to. Jeśli pociąg stanął w polu, bo uziemiło go cokolwiek (pogoda, awaria, wypadek), to wypada powiedzieć to czekającym pasażerom. Szanujmy czas innych. Zamiast myśleć, że pociąg jest tuż-tuż, mogliby dostać się do celu podróży w alternatywny sposób. Co ciekawe, komunikat o zepsutym pociągu (ale bez wskazania, że to właśnie ten) znalazł się w internecie. Po co łudzić ludzi 30 min. opóźnienia, potem 50, 80, 110, na koniec 140 min. (sprawdzałem na stronie internetowej około godz. 8:30), po czym prawdopodobnie anulowano połączenie (kilka minut później pociąg zniknął z tablicy odjazdów)? No chyba, żeby nie wyszli z dworca do czasu kolejnego pociągu i zwiększali obroty lokalnej gastronomii ;-)

pkp1

Przy okazji – jaki ekonomiczny i operacyjny sens ma budowanie stanowiska informacyjnego, obudowanego ładnie szkłem, z wiszącymi plakatami kolejowymi, w którym można zasięgnąć informacji tylko o dworcu?? Dworzec dworcem, ale jednak ludzie przychodzą tu w celu jazdy pociągiem. Utrzymywanie w takim zakresie działalności jakiejkolwiek powierzchni plus etatów z punktu widzenia podróżnych nie jest zbyt sensowne. Czy nie lepiej byłoby, aby spółki kolejowe (infrastruktura + przewoźnicy) wspólnie opłacali punkt informacyjny? Na razie widziałem zamęt, irytację klientów, irytację pani z „informacji”, wzrastająca agresję obu stron, przywoływanie scen z „Misia” etc. Swoją drogą, rzeczywiście komicznie wyglądała ta cała sytuacja z pociągiem-widmem i dezorientacją informacyjną.

3) Siatka połączeń. Ludzie są w stanie zapłacić za komfortową i szybką podróż. Wystarczy spojrzeć chociażby na samolot z Wrocławia do Warszawy o 5:55. Rynek podróży biznesowych między większymi miastami rośnie i będzie rósł, bo rosną również firmy. I z tego trzeba się cieszyć. Tylko dlaczego na tym nie zarabiać, dając jednocześnie możliwość pracy (komputer, telefon) podczas podróży. Skazując ludzi na własne samochody czy busy, w wielu wypadkach niedoszli klienci PKP nie będą zadowoleni. A PKP nie zarobi.

Spółki PKP nie oferują żadnego połączenia Intercity do Lublina z Warszawy, jedynie TLK. Co więcej, dla zaplanowania pełnego dnia spotkań w Lublinie, obecnie nie ma zbytniej alternatywy dla połączenia o 6:52 z Warszawy Wileńskiej – oprócz pociągu „San” o 6:21 z dworca Warszawa Gdańska, który na miejscu powinien być dokładnie tak jak „Karkonosze” – o 9:15 (podróż dłuższa o 0,5h). Nie ma już w rozkładzie pociągu, który jeszcze kilka miesięcy temu wyjeżdżał w okolicach godz. 8-9 z Centralnego (wiem wiem, można to zrzucić np. na remont mostu, wytłumaczenie zawsze się znajdzie…). Pozostają późniejsze pociągi, które w Lublinie są dopiero w okolicach godz. 13.

4) Pewność. Lublin od Warszawy dzieli około 180 km. To bardzo mało. W kilka lat miasta te będą połączone w całości drogą ekspresową S17 – dojazd w 1,5h. Jeśli PKP chce w ogóle mieć klientów (przynajmniej ja mam już awersję dla kierunku Lublin pociągiem), nie może pozwolić sobie na ignorowanie myślenia biznesowego. Teraz pociąg najszybciej jedzie 2,5 godz. Czasem 3h. Czy przypadkiem autobusy i busy nie będą szybsze? Czym może zwabić klientów Intercity, jeśli nie komfortem, usługami dodatkowymi (wi-fi, dobre jedzenie etc.) i zaufaniem, że dojedzie się o czasie? Nie chodzi o wydawanie miliardów na uruchomienie linii Pendolino do Lublina. Jestem realistą. 2,5-3 godz. też byłyby do przeżycia, gdyby była mowa o punktualności i niezawodności. Nie ponoszę ryzyka korków, jakiegoś wypadku na ekspresówce czy wjeździe do Lublina. Mam pewny środek transportu – PKP. Na razie to jednak fantazje. Niestety.

5) Polski folklor – na deser. Po ekscytującym pobycie na dworcu, niedoszli pasażerowie TLK mogą również być zniesmaczeni na przykład taksówkarzem, który po dojechaniu do Lublina potrafi stwierdzić, że cena, na którą się umawialiśmy, to do Lublina, ale na pewno nie do centrum tej wielkiej, przeogromnej metropolii, a już na 1000% nie na drugą stronę tego olbrzymiego miasta, ciągnącego się przez dziesiątki kilometrów i narażającego taksówkarza na olbrzymie koszty. W rezultacie +50 PLN :-) Przy tym wszystkim to już pomijalne. Po co się denerwować, skoro przeżyło się już cyrk na PKP…

 

4 komentarze

  1. mentalności naszego narodu się nie zmieni szybko – rozwalił mnie ten cwaniaczek warsiawski w taxi hehe no i panienka z okienka która nawet nie raczyła zerknąć do rozkładu! A później taksówkarze dziwią się że nazywamy ich mafią! PKP to kompromitacja wiadomo nie od dziś, nie wiedziałem tylko że pociag może spoźnić się miesiąc! dobre!

  2. Akcje Intercity na GPW? Chyba że znów puszczą po taniości jak Cargo…inaczej kto to kupi>>>>??? Na własnej skórze odczuł Pan ducha epok, taka prawda co tam siedzi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.