Sprytny minister Rostowski i jego trzy pieczenie

Weekendowe zagranie ministra finansów może wydawać się majstersztykiem. Był dobry timing, białe rękawiczki i dobry kierunek. To jednak za mało. Rynek wciąż traktuje szefa resortu finansów z przymrużeniem oka…

O tym, że minister finansów w realiach większości krajów musi być przede wszystkim politykiem, nie trzeba raczej nikogo przekonywać. Jego słowa i działania mogą przecież zaważyć na być albo nie być ekipy rządzącej (np. negatywny wydźwięk podwyżek podatków w nietrafionym momencie może pogrzebać szanse wygranej w wyborach). Z drugiej strony, rynkowe zaufanie do szefa resortu finansów to podstawa stabilności notowań waluty i zainteresowania zagranicznych inwestorów inwestycjami portfelowymi. Ten element jest od dłuższego czasu, niestety, mocno nadwyrężony w przypadku Jacka Rostowskiego. Niezwykłe spóźnienie w obniżaniu szacunków wzrostu PKB za ten rok nie nauczyło ministra, aby nie dawać traderom z Londynu powodów do tworzenia uszczypliwych dowcipów na swój temat… Taki sam schemat widać bowiem w przypadku innych parametrów budżetowych, a rachunków do płacenia nie ubywa ;).

 rachunki

Nierealność założeń budżetowych i notoryczne bujanie w chmurach ostro zarzucali ministrowi Rostowskiemu przedstawiciele opozycji i chcieli pozbawić go posady. Gdy sprawa z PKB ucichła, wybuchła „afera dziury Rostowskiego”. To ciekawe zjawisko. Wczoraj zmierzałem z dwutygodniowego urlopu w kierunku naszego kraju i zaraz po przekroczeniu granicy we wszystkich radiowych serwisach informacyjnych słyszałem magiczną sumę 52 mld zł. Taka kwota „debetu” robi wrażenie na społeczeństwie. Odpaliłem telewizję – ten sam temat przewodni i lekcje ekonomii z wielu ust. Internet – znów to samo. Właściwie brzmiało to jak panika. Niektórzy eksperci zaczęli więc wieszczyć załamanie notowań złotego po dzisiejszym otwarciu rynków. Tego jednak, zgodnie z przewidywaniami większości komentatorów i ekonomistów (w tym z moimi), nie zobaczyliśmy.

Przede wszystkim, minister Rostowski rozesłał informację o zmianie założeń budżetowych w piątek po zamknięciu rynków. To uniemożliwiło nerwowe reakcje traderów walutowych i inwestorów z GPW. Co więcej, dżentelmeńskie białe rękawiczki szefa resortu finansów nie tylko delikatnie i zręcznie podrzuciły informację do mediów, samemu wycofując się ze sceny, ale do tego wrzuciły do kapelusza z przyszłorocznym podwojonym deficytem budżetowym również więcej niż podwojoną prognozę wzrostu PKB (1,2 proc. vs. wcześniejsze 0,5 proc.). Tak dla zrównoważenia. Jednocześnie, weekendowa medialna burza przerodziła się z czasem w refleksję, że 52 mld zł to nie tak dużo, że wszyscy i tak się dużo wcześniej spodziewali takiej sumy (wyliczenia większości ekonomistów mówiły już dawno o ok. 50 mld zł), że wciąż Polska ma się bardzo dobrze i żadnego zaskoczenia nie ma…

Trzeźwiejsze spojrzenie na sytuację przez resort finansów może cieszyć, choć dojście do niego wydawało się przecież nieuchronne. Przypomina to jednak jedynie podążanie za rzeczywistością, a nie faktyczne prognozowanie – podobny schemat obserwowaliśmy chociażby przy rosnących wycenach analityków, kiedy goniły kurs KGHM (od jesieni zeszłego roku). To rodzi niebezpieczeństwo, że deficyt budżetowy w przyszłym roku może jednak okazać się znów większy, niż oczekiwania ministra Rostowskiego. O ile bowiem od analityka fundamentalnego rynku akcji trudno oczekiwać rocznych prognoz co do chwiejnego rynku miedzi, o tyle minister finansów powinien wiedzieć, co dzieje się na jego własnym podwórku. A tak być może znów zmiana szacunków jedynie goni realia i w przyszłym roku finansom publicznym będzie jeszcze ciężej dźwigać ciężar zadłużenia (pogorszenie na rynku pracy, spadek przychodów, a jednocześnie ustawowe procedury sanacji)?

dlugi...

 Ewentualność dalszego pogłębiania deficytu nie powinna jednak przerażać, kiedy weźmie się pod uwagę rekordowe tempo wzrostu zadłużenia chociażby w strefie euro. Bądź co bądź wciąż jesteśmy w grupie komparatywnie niezbyt zadłużonych krajów Starego Kontynentu, choć oczywiście skala tej radości zależy od tego, jak się liczy dług (sztuczki z wypychaniem zobowiązań poza sferę finansów publicznych).

Kierunek zwiększania deficytu wydaje się mniejszym złem niż szukanie oszczędności na siłę i na szybko. To nie miało sensu, bo to akurat sztywne wydatki (przytłaczająca większość ogółu wydatków) przydałoby się ewentualnie ściąć. Do tego potrzeba jednak i czasu, i dogadania się z częścią opozycji w sprawie zmiany ustaw. To jednak byłaby z pewnością transakcja wymienna, gdzie warunki dyktowałby partner, więc trudno dziwić się niechęci PO do konstruowania takich chwilowych sojuszy. Z politycznego punktu widzenia jak najgorsze informacje powinny do tego wychodzić z rządowych ław w tym roku, by w przyszłym rządzący mogli wykazać się „sukcesami”, oczywiście dzięki wcześniejszemu obniżaniu sobie poprzeczki. Dlaczego? Wybory prezydenckie…

Przy wielu ograniczeniach (np. brak zgody Pałacu Prezydenckiego i parlamentarnej opozycji do zwiększania wpływów dzięki wzrostowi podatków) minister Rostowski mógł chcieć upiec trzy pieczenie przy jednym ogniu – spuścić zimny prysznic na głowy niepoprawnych optymistów, a jednocześnie pomóc gospodarce i PO w przyszłych wyborach. Jak to możliwe?

52 mld zł wydaje się ministrowi Rostowskiemu dość ostrożnym szacunkiem, więc jest szansa na pochwalenie się sukcesem, gdy uda się osiągnąć lepszy wynik. Zwiększanie deficytu jest jednak naturalne, więc prędzej czy później trzeba o tym publicznie powiedzieć. Jednocześnie jednak taka informacja (procentowa skala zwyżki może niektórych szokować) zwiększa niepewność i krytyczne spojrzenia na Polskę z zewnątrz (zagraniczni zarządzający często bazują jedynie na hasłach z agencyjnych depesz…). Oficjalna prognoza mocnego przyrostu naszego zadłużenia powinna więc nieco przystopować ostatni dynamiczny wzrost wartości złotego. Ku uciesze eksporterów (kredytobiorcy walutowi już się całkiem cieszą). Ci natomiast (eksporterzy) są kołem zamachowym naszej gospodarki, więc de facto minister Rostowski zadbałby o PKB kolejnych kwartałów. Oczywiście to stąpanie po kruchym lodzie. Trzeba bowiem pamiętać o obiektywnie kuriozalnej sytuacji, w której dużo większym zaufaniem globalnych inwestorów cieszą się zadłużone po uszy USA i niektóre kraje UE niż fundamentalnie całkiem zdrowa Polska. W takiej sytuacji dalszy wzrost wskaźnika zadłużenie/PKB może doprowadzić do mocnego wzrostu kosztów obsługi długu. A to tylko nakręciłoby spiralę pułapki zadłużenia.

Na razie jednak możemy spać spokojnie. Polska w oczach świata jest wciąż spokojną przystanią, a więksi inwestorzy bardziej ufają zespołom ekonomistów z dużych banków niż „spóźnialskiemu” dżentelmenowi z ministerialnego gmachu przy stołecznej ul. Świętokrzyskiej. Całe szczęście.

2 komentarze

  1. najlepsze podsumowanie działan rostowskiego :] gratuluje poczucia humoru, blyskotliwości inteligencji i ciekawych spostrzeżeń – będę tu wracał :) pozdrawiam Digi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.