Dadzą spokój Europie i wezmą się za…

Strefa euro nie rozpadnie się, ale teoria spiskowa rynków finansowych pasuje jak ulał… Gdzie nastąpi kolejny atak?

Problemy Irlandii, w dokładniej jej sektora bankowego (Dublin był przed kryzysem światowym centrum listów zastawnych, z których górą nie zdołał się rozstać na czas załamania rynku nieruchomości ;) ) były znane wszystkim przez dłuuugie miesiące. Tymczasem wypłynęły dopiero po tym, jak Fed obwieścił QE2. Przypadek? Cóż, nie tylko mnie to zastanawia. A przecież gra na USD pod QE2 to ogromny zarobek (dolar silnie się osłabił) – podobnie jak jazda w drugą stronę obecnie (teraz euro silnie się osłabia, a EUR/USD jest już przy 1,3). Mistrzowie long/short mają eldorado, a pomaga im w tym wybitnie Angela Merkel (twarde, konserwatywne stanowisko i presja na inne kraje, np. co do przyjmowania pieniędzy z programów ratunkowych).

Szczytowe spready CDS na dług Hiszpanii czy Portugalii wskazują kierunek dalszej rozgrywki. Ten kierunek nikogo by już jednak nie zaskoczył. Czy aby na pewno wszystko jest więc teraz takie przewidywalne? Czy robienie burzy w szklance wody szybko się skończy? Przynajmniej powinno, bo przecież strefa euro się nie rozpadnie. Nikt do tego nie dopuści, gdyż największe banki strefy euro poszłyby na dno (niewypłacalność), podobnie jak bilanse wszystkich państw. Ogromne straty miałyby też korporacje, które – co by nie mówić – mają potężne wpływy. A w razie powrotu do walut narodowych dewaluacja lira czy pesety o 20-40 proc. byłaby przecież koniecznością.

Tymczasem pamiętajmy zawsze, że nie tylko Europa ma wysokie deficyty i dług publiczny. Japonia? A może…. No właśnie! Skoro apetyt rośnie w miarę jedzenia, to może ktoś wreszcie weźmie się za USA? Choć Amerykanie obecnie sprytnie działają drukowaniem pieniądza i spodziewaną inflacją, to nic straconego. Jeśli uciekną spod topora teraz, to za kilka lat tak być już nie musi. Nie trzeba przy okazji chyba nikogo uświadamiać, co stałoby się, gdyby któregoś pięknego dnia inwestorzy przestali pożyczać praktycznie za darmo pieniądze „wujowi Samowi”, a agencje ratingowe ścięły najwyższy rating.

W Washington Post Sheila Bair z FDIC właśnie głośno ostrzega Waszyngton, że musi podjąć natychmiastowe kroki w cięciu zadłużenia, bo… inaczej nie zapobiegnie następnemu kryzysowi finansowemu, który wystartuje znów u bram Białego Domu (nie jest to jedyny głos w tej sprawie). Dla zobrazowania sytuacji – w 7 lat dług federalny podwoił się i wynosi już 14 bln USD. Jeśli reformy służby zdrowia i innych dziedzin życia plus progres w innych wydatkach nie zostaną przystopowane, to w 25 lat dług publiczny USA będzie już oscylował wokół 200 proc. PKB (dziś ponad 60 proc.). Czy z atakiem dolara duzi gracze będą czekać do 2035 r., skoro tak się już rozochocili?

4 komentarze

  1. Dług publiczny USA osiągnął rekord wszech czasów i w ostatnim tygodniu grudnia przekroczył 14 bln dol. – podał portal Yahoo News, powołując się na agencję AP. Oznacza to, że każdy Amerykanin jest zadłużony na ponad 45 tys. dol.

    Niemal połowa obecnego zadłużenia powstała w ciągu ostatnich sześciu lat. Zadłużenie wzrosło z 7,6 bln dol. w 2005 roku, kiedy prezydent George W. Bush zaczynał swą drugą kadencję, do 10,6 bln w dniu, w którym urząd prezydenta objął Barack Obama i do 14,02 bln obecnie.

    Dług publiczny zazwyczaj kurczy się w czasach pokoju i rośnie w latach wojny. Gwałtowny skok zadłużenia od 2005 roku przypadł na okres, w którym Stany Zjednoczone prowadziły dwie kosztowne wojny oraz przeszły najgłębsze załamanie gospodarcze od lat 30. XX wieku – przypomina AP.

    W liście do Kongresu USA amerykański minister skarbu Timothy Geithner poinformował, że w marcu tego roku przekroczony zostanie dopuszczalny prawnie limit wysokości długu publicznego, który wynosi 14,3 mld dol.

    Według Geithnera, jeśli limit ten nie zostanie podniesiony, gospodarkę amerykańską czeka katastrofa na miarę kryzysu finansowego z lat 2008-2009.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.