Wielki Kryzys z polskim rodowodem

Możemy własnoręcznie zgotować sobie prawdziwą recesję. Nie wszystko jednak stracone. Trzeba tylko nie bać się odważnych i szybkich decyzji. Czego nam brakuje, by być w miarę spokojną wyspą na mętnym i sztormowym oceanie globalnego kryzysu?

Dobrze pamiętam, jak w drugiej połowie 2007 roku powszechne było przekonanie, że gospodarki krajów rozwijających się są bezpieczną przystanią w przeciwieństwie do potencjalnego narastania kryzysu w państwach rozwiniętych. W zeszłym roku okazało się, że trzeba było jednak szybko weryfikować takie przewidywania. Skala globalnego kryzysu zaspokoiła bowiem prawdopodobnie apetyty nawet bardzo dużych pesymistów. Patrząc na rozszerzanie zastosowania przymiotnika „toksyczny” do coraz to nowych klas aktywów w coraz to nowych państwach, można być o to całkiem spokojnym…

W jakiej sytuacji jest Polska? Według mnie, jest to coś na podobieństwo postaci z poniższego rysunku Ryana Snooka.

Ooops ;)

Dlaczego? Dopiero co odebraliśmy dyplom wolnego rynku, idziemy dziarsko do przodu, ale właśnie napotkaliśmy „chwilowy brak gruntu pod nogami”. Najważniejsze, co należy w takiej sytuacji zrobić, to dobrze oszacować pozycję „drugiego brzegu” i sprężyć się, by zrobić możliwie długi, wystarczający krok. W przeciwnym razie wiadomo, co nas czeka – katastrofa. Nie można iść z „głową w chmurach” i udawać, że nic się nie dzieje. Wtedy porażka jest pewna.

W poprzednim wpisie bloga opisałem bardzo słabą efektywność wydawania pieniędzy z programów ratunkowo-stymulacyjnych w USA. To niestety pogłębia i przedłuża problemy największych gospodarek świata i trafia w nas. Już nie można optymistycznie mówić o płytkiej i trwającej kilka kwartałów recesji. Bo właśnie by się kończyła :-).

Spójrzmy na kolejny rysunek tego samego autora.

krokDoRecesji

Jaki z niego morał dla naszego kraju? Wprawdzie piłkę rzucają nam globalni rozgrywający, ale nawet na swoim boisku trzeba patrzeć na grunt i omijać wszelkie dziury. Co do interpretacji zwięrzątka kopiącego dziury pozostawiam każdemu dowolność, choć nasuwa mi się na przykład nazwa globalnego banku, który trochę namieszał i na giełdzie, i na rynku walutowym ;-).

Co to wszystko oznacza w praktyce? Przede wszystkim, że nasze władze (także pieniężne i nadzorcze) powinny ostro działać. Tymczasem jedynie deklarują ogólniki, a i to nieczęsto. Propozycja planu antykryzysowego wartego około 90 mld zł ma w sobie głównie gwarancje kredytowe, a do tego mało konkretów. Mimo to wciąż pozostaje to w fazie planowania i omawiania. Potrzeba tymczasem działań. Nie słychać nawet o wspólnych pracach zespołów rządowych z przedsiębiorcami i bankowcami, by efektywnie skierować pomoc państwa. A inne kraje działają.

Pomijając zarzewia kryzysu finansowego (USA i Wielka Brytania) oraz inne duże i bogate kraje, warto spojrzeć na przykład na Danię. Pierwsza weszła w lekką recesję z krajów UE, ale jej zejście z niewielkiego wzrostu można śmiało w wielu aspektach porównać z dużym spowolnieniem u nas. Duński rząd pracował nawet w weekend, by ogłosić wejście w życie drugiego już planu stymulacyjnego. Abstrahując od 13,4 mld USD pożyczek dla banków (stosunkowo wysoko oprocentowanych), państwo pożyczy także przedsiębiorstwom 2,7 mld USD. Patrząc na nominalne PKB, gdyby Polska chciała zachować proporcje, powinna już teraz oferować bezpośrednio krajowym firmom, pomijając banki komercyjne, kredyty warte około 12 mld zł. To jednak na razie niestety marzenia.

Jeśli nie podejmiemy odpowiednich działań, istnieje ryzyko, że nawet stabilne finansowo przedsiębiorstwa nie będą mogły zaciągnąć pożyczki, aby zabezpieczyć swoją bieżącą działalność, miejsca pracy i rozwój, co przyspieszy zapaść w gospodarce” – uzasadniał pakiet antykryzysowy duński minister finansów. Czy ludzie u steru władzy w Polsce myślą podobnie? Pozostaje trzymać za to kciuki.

To, że u naszych głównych partnerów handlowych „siada” popyt, w oczywisty sposób uderzy w naszych eksporterów. To nawet już widać, bo ostatni odczyt wartości eksportu za listopad pokazał już spadek o ponad 10 proc. r/r (w euro było to ponad 12 proc. r/r). Recesja w Niemczech czy Wielkiej Brytanii nie jest przy tym szansą dla naszych firm na zdobywanie trwałej i silnej pozycji rynkowej, jak mówią niektórzy komentatorzy. Tak jest tylko w przypadku niektórych nisz, którym w przebiciu się niewątpliwie pomaga słaby złoty. Groclin (poszycia foteli samochodowych) czy Amica (sprzęt AGD) wcale się jednak jakoś nie cieszą…

Sytuacja całej polskiej gospodarki powinna być dość komfortowa, bo nie jest tak mocno uzależniona od popytu zagranicznego jak na przykład Czechy czy Słowacja. Nasza gospodarka nie była też tak mocno rozgrzana jak kraje nadbałtyckie, które teraz chłodzą się bardzo zimną wodą. Do tego rozbudzony popyt wewnętrzny nie chce szybko się zatrzymać (w grudniu wzrósł o 6,6 proc. r/r), a zadłużenie Polaków jest relatywnie niskie. Tymczasem zamiast prognoz sprzed kilku miesięcy o 3-5 proc. wzrostu naszego PKB, teraz mówi się nawet o wejściu w recesję w sensie ekonomicznym (dwa kolejne kwartały na minusie) oraz o zatrzymaniu wzrostu PKB!

Dlaczego nasza sytuacja szybko pogarsza się, a kolejni ekonomiści ostro tną prognozy wzrostu naszej gospodarki w tym roku? Na naszym statku nie ma niestety charyzmatycznego sternika, który zatrzymałby spełnianie się pesymistycznych wizji. Jeśli przedsiębiorstwa uwierzą w bardzo silne zahamowanie krajowego popytu, a do tego będą miały bardzo ograniczone możliwości finansowania kapitału obrotowego oraz inwestycji, to realny kryzys mamy gotowy.

Jaskrawym przykładem jest rynek mieszkaniowy. Choć w Polsce brakuje kilku milionów mieszkań, to rynek się zatrzymał, a deweloperzy mogą na większą skalę zacząć bankrutować, zwalniając ludzi i nie kupując materiałów budowlanych. To z kolei uruchomi łańcuszek dalszych zwolnień i bankructw. Czy dlatego, że Polacy przestali dążyć do własnego M? Oczywiście, że nie. Zachodnie grupy, w których rękach są krajowe banki oprócz PKO BP, mają problemy ze swoimi finansami. Zwijają bilanse i nie patrzą, na jakim rynku to robią. Niski odsetek złych kredytów (tak będzie jeszcze przez co najmniej kilka lat), duży potencjał gospodarczy czy niewielki stopień zadłużenia społeczeństwa odróżnia nas od Zachodu.

Tymczasem źródła finansowania wysychają, bo nawet PKO BP, które „siedzi” na morzu gotówki, niezbyt chętnie pożycza, naliczając często niebotyczne marże. Banki prawie nie pożyczają deweloperom i klientom. Ci pierwsi zatrzymują nowe inwestycje, a czasem nawet bankrutują. Mamy kolejnych bezrobotnych. Potencjalni klienci deweloperów przestają natomiast zgłaszać popyt, bo mało kogo stać na zakup mieszkania za gotówkę. I nie pomagają tu zbytnio nawet przeceny o 10, 15 czy 20 proc.

Jesteśmy częścią globalnego świata i nieuniknione jest, że wpływa na nas to, co się dzieje na świecie. Problem jednak w tym, że nasza sytuacja jest odmienna niż na Zachodzie. PKO BP i Bank Gospodarstwa Krajowego, także przy wsparciu budżetu centralnego, powinny zintensyfikować akcję kredytową, oczywiście przy zachowaniu zdrowego rozsądku co do ryzyka.

Co z innymi bankami? Im po prostu musi się opłacać akcja kredytowa, by nie trzymały kilkudziesięciu miliardów złotych w bezużyteczny dla gospodarki sposób. Można im w tym pomóc. Przede wszystkim poprzez rozpychanie się na rynku banków pod kontrolą państwa. Żadna komercyjna instytucja nie będzie przecież chciała stracić udziału w rynku o dużym potencjale na długie lata! Po drugie, przewodniczący Kluza (KNF) mógłby zajrzeć głęboko w oczy szefom działających u nas banków i delikatnie dać do zrozumienia, że jeśli nie chcą mieć różnych problemów u nas (a KNF może mocno utrudnić życie banku…), to powinni udzielać kredytów bez względu na światową zawieruchę. Rozmawiałem z jednym z byłych krajowych bankierów centralnych i osobiście stawia właśnie na takie rozwiązanie.

Nad polską gospodarką wisi widmo opcji walutowych (call), które krajowe przedsiębiorstwa nierozważnie wystawiały w pierwszej połowie. Przerodziły się one w spekulację, która może zebrać żniwo rzeszy bankructw. Problem w tym, że chodzi o wiele firm, które na poziomie operacyjnym bardzo dobrze sobie radzą i mają jedynie problem z depozytami zabezpieczającymi. Być może dobrym posunięciem byłyby gwarancje rządowe dla zdrowych fundamentalnie spółek? Bez tego spekulacyjne osłabienie złotego będzie się nasilało. Choć powinno to być zbawienne dla eksporterów, to wcale tak nie jest właśnie z powodu feralnych „zabezpieczeń” ryzyka walutowego.

Dodatkowo importerzy płaczą i płacą dużo więcej niż planowali, a kredytobiorcy (trzy czwarte mieszkań było kupowanych za kredyty w CHF) nie mogą uwierzyć w wysokość rat do zapłacenia. Mają więc mniej pieniędzy na inne wydatki, które mogłyby stymulować krajową gospodarkę. Być może dobrym posunięciem byłyby słowne interwencje rządu, NBP czy RPP, a w ostateczności interwencja banku centralnego, by umocnić złotego? Wszak przy obecnym kursie mogłoby się NBP opłacać sprzedawać dewizy i kupować złotego, by przeprowadzić za jakiś czas transakcje przeciwne (po ewentualnym zbyt mocnym umocnieniu się złotego).

Postulowane przez bankowców obniżenie o 1,5 pkt proc. (do 2 proc.) rezerwy obowiązkowej od depozytów dałoby teoretycznie systemowi około 10 mld zł na akcję kredytową. To jednak mrzonki i desperackie dążenie do jeszcze większej góry pieniędzy, na której się siedzi. Dlaczego? Popatrzmy na wcześniejszy o 3 lata wykup 10-letnich obligacji przez NBP sprzed kilku dni. Co się stało po spełnieniu prośby bankowców?

8 mld zł od razu wróciło do banku centralnego (bony NBP). Zaskoczenie? Obiektywnie nie powinno go być, bo widać gołym okiem, że banki komercyjne nie widzą potrzeby zbytniego pożyczania firmom i osobom fizycznym, skoro NBP oferuje pewne i atrakcyjne oprocentowanie. Wcześniej pisałem już, jak można to zmienić. Dodatkowo, być może czas na bardziej zdecydowane cięcie stóp procentowych?

Łagodzenie spowolnienia i fiskalna stymulacja gospodarki, która potrzebna jest już teraz, oddali wejście do strefy euro. Nie ma jednak potrzeby pchać się tam na siłę, ponosząc wielkie koszty społeczne. Lepiej więc pomóc gospodarce. Finansowanie wydatków rządowych można zorganizować dość łatwo. Oferują papiery w złotych można spodziewać się wypierania naszej oferty przez łaknące pożyczek na programy antykryzysowe państw Zachodu. Co stoi jednak na przeszkodzie, by zaoferować więcej atrakcyjnie oprocentowanych euroobligacji? Tym bardziej, że w dłuższym okresie powinniśmy zyskać jeszcze na umacniającym się złotym, a popyt na bezpieczne papiery rządowe w walutach światowych jest niezmiernie silny.

Falę zwolnień, czarnowidztwa i posuchy płynnościowej możemy sami sobie zgotować. To przerażające, bo obiektywnie mieliśmy i wciąż mamy predyspozycje, by być w miarę spokojną wyspą na wzburzonym oceanie. Trzeba tylko działać. I to odważnie. Wiadomo, że gdy widmo recesji pojawia się na horyzoncie przedsiębiorców, inwestycje „siadają”. Tylko że takiego widma wcale nie musi być.

Wiadomo, że przed spowolnieniem się nie uchronimy. Między 2-3 proc. wzrostem PKB a 1 proc. spadkiem jest jednak olbrzymia różnica dla gospodarki. Nie zgotujmy więc sobie sami recesji. Startowaliśmy przed rokiem z zupełnie innego miejsca niż USA, Wielka Brytania, Irlandia czy Estonia nie po to, by skończyć tak samo. Pamiętajmy o tym. Mam głęboką nadzieję, że nie zmarnujemy naszej szansy. Na to jednak (póki co ;-) ) nie mam niestety zbyt dużego realnego wpływu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.